Part II - Ruby


Wstałam dziś lewą nogą. Uświadomiłam to sobie dopiero przy śniadaniu. Siedziałam na wysokim stołku przy wyspie, rozmawiając z Davidem o wyjeździe, gdy zadzwonił do mnie Chris, a moja herbata postanowiła wydostać się z kubka i wylądować na pudrowych spodniach od piżamy.



- Hej. Nie obudziłem? - Zapytał zmieszany.

- Cześć. Nie. Właśnie jem śniadanie. - Odpowiedziałam trochę zachrypniętym głosem ścierając machinalnie ręką herbatę ze spodni.

Daniel spojrzał na mnie z politowaniem, poszedł do łazienki i przyniósł mi ręcznik.

- O której mam po Ciebie być?

- Nie wiem jeszcze, jest... - Spojrzałam za siebie na zegar wiszący nad komodą. - Ósma, więc bądź za godzinę.

- Ok. Będę.

Uradowana weszłam do łazienki, puściłam nutę w smartphonie i wskoczyłam pod prysznic. Zdzierając sobie gardło, wmasowywałam szampon we włosy, skacząc po całej kabinie jak wariatka. Ktoś zapukał do drzwi, a ja przestraszona poślizgnęłam się na kafelkach.

- Nie, nie, nie.

- Coś się stało?

- Trochę tyłek mnie boli, ale poza tym to nic mi nie jest. - Obolała odkrzyknęłam powoli się podnosząc.

Zauważyłam otwarte na oścież drzwi i stojącą w progu niewyspaną, ziewającą Bethany.

- Hej, Ile jeszcze?

- Daj mi chwilę.

- Spoko. - odpowiedziała dalej stojąc w drzwiach.

- Beth.!

- Co? - zapytała z chytrym uśmieszkiem na twarzy.

- Wynocha. - wypowiedziałam to z uśmieszkiem.

- Już idę. - powoli wychodząc spod prysznica zauważyłam jej zadumaną minę. - Czy Jacob o mnie pytał?

Na dobrą sprawę nie wiedziałam co powiedzieć. Ale musiałam przełamać lody.

- Tak. Wiesz że musicie porozmawiać.

- Wiem.

- On cie kocha. - Powiedziałam okrywając się ręcznikiem.

- Wiem.

- To czemu nie spojrzysz prawdzie w oczy?

- Bo się boje. Wiesz jak mi na nim zależy, ale muszę myśleć o sobie i o tym co będzie później. Bo nie chcę żeby to się kończyło wraz z chwilą wyjazdu.

- Ale Beth... - Załamana powoli trawiłam słowa które przed chwilą wypowiedziała. - Powinnaś z nim porozmawiać.

- Dobrze. Porozmawiam z nim, ale chciałam o coś spytać. - Jej zastanowienie nie trwało długo. - O której mamy wylot?

- O trzynastej. Która godzina?

Beth sięgnęła do kieszonki w piżamie i wyciągnęła telefon.

- Wpół dziewiątej.

- Ok. To idę się ubierać.

- Idę z tobą.

- Na zakończenie?

- Mhhh. - odpowiedziała zadziornie wcinając moja grzankę.

Przechodziłyśmy przez salon, gdy usłyszałyśmy trzask w pokoju Bethy, a po chwili wyszedł z niej David z wielkim płaskim kartonem. To były cztery deski i mikser.

- Chcesz to zabrać jako bagaż czy mają to zabrać razem z meblami i reszta?

- Ten zestaw wezmę ze sobą na samolot, a mixer na winyle i płyty mogą zabrać.

- Dziewczyny, jesteście spakowane?

- Tak. - Odpowiedziała Bath.

- Niezbyt. Nie wiem co zabrać.

- Uszykuj rzeczy, laptopa i kosmetyki a ja cie spakuje.

- Dzięki tato. - podbiegłam do Davida i pocałowałam go w policzek.

- Wszystko dla mojej księżniczki.

- Idziemy? - Zapytała Beth.

- Tak.

Weszłyśmy do mojego zagraconego pokoju gdzie wszędzie stały ogromne pudła i kartony. Przedarłam się do stojącego w kącie radia i je włączyłam. Akurat leciało Got My Mind Set On You. To do tej piosenki Beth robiła remix na imprezie na której ją poznałam. Wiedziałam co zaraz zrobi. Rzuciła się na mnie i tańczyłyśmy, aż do momentu gdy ona wylądowała na stercie pudeł, a ja na niej.

- Sophie, zejdź ze mnie, coś wbija mi się w dupę i to na pewno nie jest to twój pluszak.

- Już schodzę.

Powoli się podnosiłam poprawiając opinający się na mnie ręcznik. Wstałam, pomogłam podnieść się Bethy i ruszyłam w stronę szafy. Wyjęłam z niej dwie kreacje, pastelowo różową sukienkę dla Beth i małą czarną dla siebie.

Czekałyśmy na kanapie w salonie aż Chris się odezwie, kiedy to dostałam w tej sprawie esemesa.

- Chris nie przyjedzie. Jest w studiu nagraniowym z menedżerem.

- Nie załamuj się, dzwonię po taksówkę.

- Nie dzwoń, Jacob chciał żebyśmy się spotkali jeszcze przed wyjazdem.

Wykręciłam do niego numer i czekałam aż odbierze.

- Hej. Co tam Sophie?

- Mam pytanko. Masz ochotę przyjść na moje zakończenie.

- Jeszcze się pytasz. Będę po ciebie za piętnaście minut.

- Pamiętaj że obowiązuje garnitur.

- Będę pamiętał.

Rozłączyłam się i spojrzałam na przeglądająca się w lustrze Bethany. Podeszłam bliżej i tak po prostu ją przytuliłam. Czułam na karku powoli spływające łzy. Nie wiedziałam ile tak stałyśmy. Wiedziałam że wybuchnę. I tak się stało. Łkałam z bezradności wtulona w jej pachnące kwiatami włosy.

To wszystko stało się tak szybko. Zawsze chciałam zacząć to wszystko od nowa, na nowym gruncie, z czystą kartą. A gdy już dostałam szansę, oddalam się od tego.

- Sophie! Sophie! Jacob właśnie wszedł do budynku. Zaraz tu będzie. Już wszystko dobrze?

- Tak. - Niestety tak nie było. - Zaraz wrócę.

Przeszłam salon i wyszłam do łazienki. Oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lustro. W tym momencie widziałam tylko przewrażliwioną, słabą małolatę która nie może sobie poradzić ze swoim życiem. To nie był pierwszy raz kiedy byłam na krawędzi, ale udawałam że wszystko jest dobrze. Chwyciłam jedyny ręcznik który wisiał w tym pomieszczeniu, delikatnie zmoczyłam i przetarłam nim twarz. Odłożyłam go na miejsce, wróciłam na korytarz i otworzyłam drzwi.

Stałam jak wryta, nie mogąc się ruszyć. Przed oczami miałam dość osobliwą sytuację. Jacob ze zmierzwioną grzywą, oparty o poręcz w nieskazitelnie białej koszuli i czarnym garniturze obejmujący Beth stojąca na czubkach moich najlepszych szpilek, aby dosięgnąć do jego ust.

- Kocham Cię. - Powiedział Jack delikatnie zaczesując kosmyk jej włosów za ucho.

- Jacob... - Nie mogła dokończyć bo jej przerwał.

- Proszę, nie psuj tego. Za długo czekałem by Cię teraz stracić.

Stał tak przez chwile nie wiedząc co zrobić, widać było że jest przerażony, więc Bath przejęła inicjatywę i zrobiła ten następny krok.



Nie mogłam już z nadmiaru słodkości i chrząknęłam. Spojrzeli na siebie i skierowali swój wzrok na mnie.

- Nie chcę wam przeszkadzać, ale zaraz jest zakończenie i powinniśmy już iść.

- Tylko się po coś cofnę. - Powiedziała Beth i spojrzała na mnie tym wzrokiem.

- Poczekam z nią.

- To ja już pójdę do auta.

- Spoko. - Odprowadziłam go wzrokiem i popędziłam do Beth.

- Niemożliwe.

- A jednak. - Powiedziała to i chwyciła za torbę sportową w której miała rzeczy na podróż.

- Chodźmy bo się spóźnimy.

Krzyknęłam w przedpokoju do taty że już idziemy i ruszyłyśmy do windy. Stałam, wpatrując się w mały wyświetlacz nad winda, przypominając sobie kiedy pierwszy raz tu trafiłam. Ann nie może mieć dzieci wiec razem z Davidem zdecydowali że adoptują dziewczynkę. Nie miała mieć mniej niż siedem lat i miała być amerykanką. Gdy otrzymali wiadomość z ośrodka w którym przebywałam o możliwości zabrania dziecka, od razu tam przyjechali. Do dziś pamiętam każdy szczegół. To był deszczowy piątek. Cieszyłam się niezmiernie bo tego właśnie dnia kończyłam lekcje o jedenastej, a tuż po nich opiekunka zabierała mnie i o trzy lata starszą Nine na balet. Siedziałam na podłodze w moim malutkim pokoju kiedy przyszła pani Miranda zraz z Ann i Davidem, aby oznajmić mi że teraz to oni będą się mną opiekować. Na początku miałam dość sceptyczne nastawienie do tego, ale po pewnym czasie ich pokochałam. Zwłaszcza Anne która jest dla mnie jak matka.

Poczułam że ktoś chwyta mnie za rękę. Kiedy spojrzałem w dół zauważyłam krótkie pomalowane na czerwono paznokcie Beth. Odwzajemniłam uścisk i weszłyśmy do windy. Nacisnęłam jedynkę i odwróciłam się tyłem do wejścia. Winda składała się w osiemdziesięciu procentach ze szkła i dzięki temu można było zobaczyć panoramę Manhattanu. Tysiące przechodniów spieszących się do pracy, setki aut stających na światłach i tu i ówdzie żółte taksówki. To miasto jest niesamowite.

Winda stanęła i weszłyśmy do holu gdzie mimo wczesnej godziny tłoczyło się kilku studentów czekających na zajęcia w okolicznej uczelni. Wysokie masywne filary dodawały temu miejscu charakteru. Przez chwilę słyszałam tylko nasze obcasy uderzające o kamienną posadzkę. Uznałam że trzeba pokazać klasę więc wzięłam Beth pod rękę, poprawiłam kosmyk włosów. który opadał mi na oczy i szłam pewniejszym krokiem. Zawsze miałam problem ze spojrzeniami nieznajomych. Bałam się ich myśli. Bałach się ich zdania. Wszystko musiałam przeanalizować.

- Sophie, mówiłam coś.

- Przepraszam, nie mogę się nad niczym skupić.

- Spoko, nie jestem zła, ale spójrz na tego chłopaka stojącego w rogu.

Zabójczo przystojny student obok którego stał Jacob miał znakomity styl, idealną grzywę i umięśnioną sylwetkę. Nie chciałam podchodzić, ale Beth zaciągnęła mnie do niego. Szłam do nich ze spuszczoną głową.

- Sophie - Jack spojrzał na mnie i na chłopaka - To jest Ryan.



- Miło cię poznać - Uścisnął mi delikatnie rękę i się uśmiechnął.

- Mi również.

- Idziemy do auta - Zarządził Jacob chwycił Beth za rękę i wyszli z budynku.

- Idziemy? - Zapytał

- Tak. - Powiedziałam uśmiechnięta od ucha do ucha.

Powoli wyszliśmy i skierowaliśmy swoje kroki do auta. Czułam że moje serce bije coraz szybciej, jakby chciało się wydostać z piersi.

Jacob odpalił Mercedesa i włączył radio. Leciała piosenka Summer Calvina Harrisa . Siedziałam z tyłu rozmawiając z Ryanem, gdy Jack tarł gumę jadąc z prędkością światła przez ulice mojego miasta. Rozżarzone słońce odbijające się w okularach Ryana, jego piękne wydatne usta i seksowny akcent powalały na kolana. Teraz jestem bezpieczna. Wśród osób które kocham.

Gdy dojechaliśmy pod szkołę wskoczyła z auta i pobiegłam

Ostatni raz czułam to samo pierwszego dnia liceum. Ahhh, ten dzień. Jacob, kilka tygodni wcześniej obchodził swoje osiemnaste urodziny i dostał Mercedesa. Przyjechaliśmy pod budynek o wpół do dziewiątej by zdążyć ze wszystkim.

Powoli wychodząc z auta ujrzałam wyciągniętą rękę Jack'a.

Chwyciłam ją i powędrowaliśmy przez dziedziniec LaGuardia High School of Music & Art.

Słyszałam szepty i obelgi skierowane w moją stronę, zwłaszcza za strony dziewczyn. Poczułam się nieswojo, więc przysunęłam się jeszcze bliżej do najbardziej rozpoznawalnej osoby w tym miejscu, nowej twarzy reklamowej Diora.

- Ile to potrwa?- zapytałam zmieszana i moje spojrzenie zetknęłam się ze wzrokiem Jack'a.

- Przez następne trzy godziny będzie o tym głośno, ale jutro już sobie odpuszczą. Spojrzał na grupkę siedząca na schodach wejściowych i pomachał do opalonego bruneta.

- Nie idziesz się przywitać. Nie widziałeś ich przez całe lato.

- Nie. Na razie mam zamiar zaprowadzić cię na zajęcia.

- Zbyt się o mnie troszczysz. Mówiłam jak bardzo jesteś dla mnie ważny.

- Wiele razy. - Zakręcił mną i puścił przodem gdy wchodziliśmy przez wielkie drzwi akademii artystycznej.

Niby to zwykła szkoła, ale ten budynek w którym się znajduje jest niesamowity, co sprawia że ona otrzymuje miano niezwykłej. Jasne ściany i podłogi, sufit ozdobiony najróżniejszymi formami szkła i metalu, drewniane balustrady i okiennice z pięknymi wykończeniami. Wchodząc na hol widać ogromne schody prowadzące na piętro gdzie mieszczą się sale lekcyjne.

- Poczekasz tu chwilę, podejdę do szafki i zaraz wrócę.

- Ok. - Tylko zdążyłam to powiedzieć bo już wparował w tłum i mignął u stóp schodów prowadzących na piętro.

Stałam pod sekretariatem kilka minut czekając aż odzyskam swoje dokumenty i przekażą mi plan zajęć. Odebrałam wszystko i skierowałam się na piętro, aby go poszukać. Na kartce miałam zaznaczone wszystko oprócz tego gdzie jest szafka Jacka. Miotałam się przez chwile w tłumie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam zmierzającego w moją stronę Jacoba. Nie wspominałam, ale to był okres w którym uznaliśmy, że można sprawdzić czy to tylko przyjaźń, czy coś więcej. Powoli przyciągnął mnie wolną ręką i odgarnął moje nieokrzesane blond włosy.

- Mogę? - Zapytał patrząc mi głęboko w oczy.

Nie zdążyłam odpowiedzieć bo pochylił się i delikatnie musnął moje wargi powoli wpijając się w nie. Z lekkiego cmoknięcia przeszliśmy do namiętnego pocałunku. Poczułam głuche uderzenie mojego ciała o szafkę i jego ręce oplatające mnie w pasie. Owinęłam ręce wokół jego szyi. W tym momencie nie obchodził mnie szepty innych czy spojrzenia. Byliśmy tylko my.



Odsunęłam się od Jacoba gdy usłyszałam głos, tuż przy moim uchu.

- Sorki, nie mogę dostać się do swojej szafki. - Powiedział blondyn z pięknymi brązowymi oczami.

Na widok odklejającego się ode mnie jedenastoklasisty zmienił wyraz twarzy i uśmiechnął się do mojego towarzysza.

- O stary, jak tam wakacje?- Powitał go mocnym uściskiem dłoni i rozweselony spojrzał na mnie.

- W porządku, byłem trochę zabiegany, ale udało nam się pojechać na cały sierpień do Californii.

- A to musi być...

- Sophie. - Powiedziałam z wyciągniętą dłonią w jego kierunku.

- Dylan, chodzę z tym palantem do klasy. Który kierunek wybrałaś?

- Poszłam na wydział teatralny. Ale wahałam się czy nie pójść na sam taniec. Uznałam, że tak będzie najlepiej. Mam zajęcia z aktorstwa, tańca, śpiewu i dykcji. Stopniowo będę uczyć się nowych rzeczy.

- Miałem to samo. - Westchnął. - Ale i tak wybrałem taniec.

- Gdzie masz pierwszą lekcję? - Zmienił temat Jacob.

Spojrzałam na plan i zauważyłam napis zaznaczony czerwonym markerem.

- W Odeonie. - Zdziwiona spojrzałam na chłopaków.

- To inaczej sala teatralna.

- Mogli byśmy podejść do szafki?

- A gdzie się ona znajduje?

- Odpowiadasz pytaniem na pytanie, to do ciebie nie podobne. - Spojrzałam na niego zadziornie. - Tu jest 117, po lewej 116 więc w prawo.

Doszliśmy do szafki gawędząc o szkole, wakacjach i wielu innych sprawach. Otworzyłam ją i wrzuciłam do środka skórzaną czarną kurtkę wraz z niepotrzebnymi i zeszytami. Zostawiłam tylko sportową torbę. Chłopcy wyprowadzili mnie z głównego budynku i pożegnali się ze mną tuż przed wejściem do prawego skrzydła. Kroczyłam korytarzem, po dwóch stronach były sale do tańca. Na końcu znajdował się Odeon.

Czerwone obicia około trzystu foteli i scena podświetlona żółtym światłem. Na samym dole stała blondynka rozmawiająca z grupką dziewiątoklasistów. Oglądałam ogromną salę z zaciekawieniem.

- Witam. - Powiedziała blondynka. - Jak masz na imię?

- Sophie, Sophie Benfield.

- Sophie, idź za kulisy. przebierz się i przyjdź.

Lekcja aktorstwa była fantastyczna. Pani Montgomary jest świetną i pogodną nauczycielką. Miałam jeszcze trzy lekcje tańca, zajęcia z dykcji i śpiewu. Zajęcia skończyłam dość szybko. Pierwszy dzień w nowej szkole był satysfakcjonujący, a to był dopiero początek. Zdenerwowane weszłyśmy do szkoły. Ja popędziłam przed siebie, a kiedy się odwróciłam Bethany była nadal na końcu korytarza.



- Może się ruszysz? - Spojrzałam z politowaniem na Bethany.

- Nie, to nie ja kończę szkołę.

- Proszę, choć.

Pobiegłyśmy do atrium i stanęłyśmy jak wryte. Zakończenie już trwa dobre piętnaście minut. Rozglądałam się w poszukiwaniu wolnych miejsc i znalazłam je. W ostatnim rzędzie jest kilka pustych krzeseł. Usiadłyśmy, a po chwil dołączyli do nas chłopacy.

Zakończenie było plątaniną nudnych podziękowań za miniony rok, gratulacji dla najlepszych uczniów i nagród zdobytych przez niektóre osoby. Dyrektor prowadził zanudzający wykład jak wiele dla niego znaczymy, a ja rozmyślałam o wyjeździe.

W drodze powrotnej cały czas rozmawialiśmy gdzie pojedziemy w sierpniu gdy dobije do nas Jack. W Australii jest tyle niezliczonych możliwości. Postanowiliśmy ostatni raz podjechać do River Cafe. Najlepszego miejsca na Brooklynie. Od zawsze, to znaczy odkąd pamiętam pachnie tu kawą, czekoladą i jeziorem.

Siedziałam zamyślona w pokoju czekając na zbawienie, tak naprawdę miałam zająć się do końca pakowaniem, ale nie mam na to sił. Wyszłam z już mojej klitki do salonu, pustego salonu. Nie było nic, poza kilkoma kartonami które właśnie wynosiła ekipa, trzema wielkimi walizkami i dwoma torbami.

- Możecie już zabrać pudła z mojego pokoju. - Powiedziała Beth wychodząc ze swojej sypialni.

Beth mieszka z nami od dwóch lat. Odkąd uciekła z domu jej życie stanęło na głowie. Jej ojciec ma ogromną firmę odzieżową i dlatego nie zauważył zniknięcia prawie miliona dolarów z jego konta. Poza tym Beth zmieniła nazwisko i adres zameldowania.

- Jak tam? - Zapytał trochę zmachany Jack kiedy wszedł do mieszkania.

- W porządku. - Odpowiedziałam, a B podeszła do swojego chłopaka i wtuliła się w niego.

- David mówi że macie się pospieszyć bo za piętnaście minut mamy już jechać na lotnisko.

Wróciłam żwawym krokiem do pokoju. Wyrzuciłam wszystko z szafy i wpakowałam do ostatniego pudła. Założyłam kurtkę leżącą na podłodze, chwyciłam torebkę i laptopa i stanęłam ostatni raz w drzwiach rozglądając się po opustoszałym pokoju na ostatnim piętrze ogromnego wieżowca gdzieś na Manhattanie. Łezka zakręciła się w moim oku i skierowałam się do moich towarzyszy.

- Bethy, Jack, idziemy?

- Tak. - Odpowiedziała szybko B.

Każdy chwycił po walizce i torbie. Ze sztucznym uśmiechem wyszłam z mieszkania, które przez ostatnie osiem lat było moim domem.

Komentarze