Part III - Broken Strings


W samolocie nie było dużo ludzi, ale i tak zostałam rozdzielona z B. Tuż po starcie chwyciłam torbę, wyjęłam laptopa i zaczęłam przeglądać ostatnią korespondencje z Chrisem. Znamy się od czterech miesięcy. Poznaliśmy się dzięki musicalu. Rozmawialiśmy o swoich zainteresowaniach, pomyłkach i zakrętach życiowych. Stąd dowiedziałam się że ma dziewiętnaście lat, jest zawodowym muzykiem i na swoim koncie ma już trzy płyty. O jego talencie przekonałam się zaledwie kilka dni po pierwszym spotkaniu. Zaprosił mnie do swojego mieszkania na próbę przed premierą musicalu. Byliśmy sami i nie wiedzieć czemu, oczekiwałam że coś zrobi. Ale i tak nic się nie stało. Aż do dziś, Chris tak samo jak Jacob czekał z tym do ostatniej chwili.

Stałam w środku ogromnego lotniska wraz z naręczem toreb i walizek, które leżały koło mnie i czekały na swoich właścicieli. Wtem w wejściu zauważyłam znajomą mi postać. Chłopaka o ciemnej karnacji i ciemnych, wręcz czarnych włosach. Poniekąd wiedziałam, a przynajmniej spodziewałam się że przyjdzie się pożegnać. Odnalazł mnie w tłumie i podszedł rześkim krokiem. W tym momencie zrozumiałam że traktuje go jak przyjaciela, a nie kogoś więcej. Chris dotarł do mnie i tak po prostu mnie przytulił.



- Musiałem się z tobą pożegnać zanim wyjedziesz.

- Australia nie jest aż tak daleko. Przepraszam cię, ale muszę poszukać mojej zwariowanej rodzinki.

Chris przelotnie mnie uściskał, poprosił żebym często dzwoniła i życzył mi powodzenia na nowej drodze życia. Wróciła Beth wraz z Jacobem i Davidem. Pożegnaliśmy Jacka i nie trzeba było czekać nawet pięciu minut gdy zaczęła się odprawa.

Siedząc na strasznie niewygodnym siedzeniu, utknęłam w samolocie sam na sam ze swoimi myślami. Nigdy nie miałam szczęścia do chłopców. Całowanie Jacka po jakimś czasie, a dokładnie po miesiącu przypominało całowanie własnej ciotki. Dlatego sobie odpuściliśmy. Dopiero po zerwaniu zauważyłam duże poruszenie u jednego ze członków mojej rodziny. Tuż po powrocie z Californii, Beth pozostawiła nam wiadomość że wyjeżdża na jakiś czas i może zdąży wrócić przed świętami. Odpisała na moje wiadomości i nieodebrane połączenia dopiero pod koniec października. Gdy dowiedziała się że zerwaliśmy, wróciła równie szybko jak wyjechała.

Właśnie zdałam sobie sprawę że ktoś do mnie napisał.

"Przyjdziesz tu.?"- Bethany ;*

Zwinęłam laptopa i wepchnęłam się pomiędzy Beth, a mężczyznę w średnim wieku. Po dwóch godzinach rozmów o Gold Coast i nowym domu, ułożyłam się na ramieniu przyjaciółki i zasnęłam.

Śniła mi się Jody, cała ubazgrana krwią. Od siedmiu lat zastanawiam się gdzie jest moja biologiczna matka. Kobieta która pozostawiła mnie samej sobie. Pozbawiła dzieciństwa i domu. Obdarowała własne dziecko czymś czego nie można usunąć. Wspomnieniami. Bliznami na umyśle. Otwartymi ranami. Nie chcę pamiętać o tym jak zniknęła, a trzy dni później policja znalazła ledwo żywe dziecko w mieszkaniu pełnym pustych strzykawek . Z protokołu wynikało że to dzięki niej powstały głębokie blizny na nogach dziewczynki. Pięciolatka próbowała uciec przed odurzoną środkami psychotropowymi kobietą podającą się za jej matkę. Ta chwyciła leżący na stole nóż i zadała trzy głębokie cięcia w okolicach tętnicy udowej. Anny nalegała żebym tego nie czytała, ale moja upartość nie zna granic.

Obudziłam się nagle, zalana potem. To nie był zwykły sen. To był koszmar. Siedziałam nieruchomo próbując wyrównać mój puls. Oddychałam nierówno, dusząc się wdychanym powietrzem. Chwile zajęło mi dojście do siebie. Ale gdy już się to stało mogłam ze spokojem rozejrzeć się po pokładzie samolotu. Wszyscy spali. Cichutko przecisnęłam się do toalety, gdzie piąty raz tego dnia umyłam ręce. To jeden z takich nawyków których się wstydzę. Klaustrofobia również do nich należy. Dlatego nigdy nie zamykam drzwi małych pomieszczeń, panicznie boje się szaf i wind.

Kiedyś przyjechała do nas rodzina Davida, mama Samantha, ojciec Matthew, siostra Barbara i dwójka jej dzieciaków Jack i Nate. Podczas gdy wszyscy siedzieli w salonie, ja byłam zamknięta w szafie, przez trzy godziny. Chłopcy mieli wtedy po jedenaście lat i nie wiedzieli że to przeżycie może się odbić na mojej psychice.

Szybko obmyłam ręce ciągle przytrzymując nogą drzwi. Delikatnie ocierając wewnętrzną część dłoni, wyszłam z toalety. Przy kuchence stała stewardessa.

- Chcesz coś do picia? - Zapytała miło w momencie kiedy druga wyszła zza zasłonki.

- Nie, nie dziękuje. Pójdę się położyć.

Zaspana zawędrowałam na swoje miejsce. Wyciągnęłam słuchawki i telefon z stojącej w nogach torby. Włączyłam Natashe Bedingfield w utworze Pocketful Of Sunshine. Natasha śpiewała o silnej, niezależnej, pragnącej wolności, miłości i niezwykłych doznań kobiecie, którą jestem. Dlatego właśnie wytrzymam wszystko. Tylko to co wokół mnie się zmieni, ale nie ja. Zastanę tą samą kochliwą szatynką o niezwykle wesołym choć uśpionym usposobieniu. Głos w słuchawkach doprowadzał mnie powoli do szału, słuchałam to już setny raz, w tym tygodniu.

Trafiłam w objęcia Morfeusza. Śniłam o balu kostiumowym i chłopaku. Niestety nie zapamiętałam twarzy tego chłopaka. Willa była pełna ludzi. Wszyscy ubrani w uroczyste kreacje. Tańczyli, rozmawiali i śmiali się. Stałam koło ponurego mężczyzny w czarnym garniturze. Wydawał się znudzony tym przedstawieniem, ale w momencie kiedy zmieniono muzykę zmienił się w pięknego młodzieńca i zaprosił mnie do tańca. Wirowaliśmy na parkiecie w rytm piosenki, coraz bardziej zbliżając się do siebie. Zeszliśmy z parkietu i znaleźliśmy się w jednym z pokoi na piętrze. W którym obdarzyliśmy się milionem pocałunków. Namiętnych, kojących dusze i ciało. Powoli opadliśmy na łóżko, coraz głębiej zanurzając się w zimną toń wody.

Mój słodki, a poniekąd erotyczny sen przerwał tata.

- Sophie, obudź się - szepnął.

Zaczęłam mruczeć pod nosem że nie mam zamiaru wstać i że będą musieli mnie na rękach wynosić.

- Sophie, proszę wstań. Wcale nie jestem na tyle umięśniony, aby podnieść takie słoniątko jak ty.

Zaśmiałam się i wycelowałam w nogę, ale zdążył odeprzeć atak.

- Dobra wstaje.

Wyprostowałam ścierpnięte kolana, rozciągnęłam się i spróbowałam wstać. Plusem siedzenia przy oknie są widoki, a minusem dość niski sufit. Zapomniałam o tym i walnęłam się o półkę na bagaże.

- Cholera, żyjesz.? - spytała przerażona Bethany.

- Nie, trafiłam do nieba gdzie nikt nie przerwie mi pięknych snów.

- No właśnie słyszałam. - Spojrzałam na nią przerażona. Zrobiła zadziorny uśmieszek i wybuchła śmiechem na widok mojej miny. - Spokojnie, nikt poza mną tego nie słyszał.

- To dobrze, szkoda tylko że nie pamiętam jego twarzy.

- Tak w ogóle to właśnie tym mnie obudziłaś.

- Bethany. - krzyknęłam.

- Świntuszek.

Gdyby wokół nas nie było tyle osób opowiedziała bym jej o wszystkim, ale nie miałam tyle odwagi żeby o seksie rozmawiać przy nieznajomych.

- Będziemy miały dużo czas jak dojedziemy do domu, a teraz chcę już stąd wyjść. Ten pilot dziwne na mnie patrzy.

Równocześnie wychyliłyśmy się zza siedzenia. Był dość młody jak na pilota i zbyt przystojny żeby przez większość czasu siedzieć za sterem tego ogromnego samolotu. Spojrzał w naszą stronę, a mnie schowałyśmy się z powrotem za zagłówek przedniego siedzenia.

- Wpadłaś mu w oko.

- Przestań wymyślać i ubieraj te buty.

Zabrałam torebkę i telefon. Przeszłyśmy przez pusty już pokład i dotarłyśmy do wyjścia. Przy drzwiach stał pilot i dwie stewardesy które już wcześniej spotkałam. Życzyli nam miłego dnia, a my podziękowałyśmy. Zeszłyśmy po schodach na płytę lotniska i przywitałyśmy gorące, słoneczne Gold Coast.

Koło naszych walizek stały dwa nagietki. David i Anny, niemogący się od siebie oderwać. Anny nie była moją biologiczną matką, choć wyglądałyśmy prawie tak samo. Taki sam kolor włosów, zwłaszcza latem, kiedy były podatne na promienie słoneczne i to samo przenikliwe spojrzenie. Ostatni raz pocałowała Davida i spojrzała w naszą stronę. Anny zasłonięta wielkim czarnym kapeluszem pomachała do nas. Miała na sobie białą sukienkę i kimono.

Nie wytrzymałam i popędziłam do mamy. Rzuciłam torby i wtuliłam się w nią.

- Kochanie. - Powiedziała czule.

- Mamo. - Uszczęśliwiona, a zarazem przerażona wyszeptałam jej do ucha. - Ten sen znowu mnie prześladuje.

- Kiedy? - Zapytała zdenerwowana.

- W samolocie.

- Porozmawiamy później. - Na jej twarz z powrotem wrócił uśmiech.

Obok nas stał tata trzymający się z Bethy pod rękę. Od zawsze były to dwie bratnie dusze. Młoda, kreatywna dj-ka trzymała się blisko wesołego i energicznego modela.

- Rodzino mam zaszczyt przedstawić wam nasz nowy dom. - Powiedziała Ann stojąc na podjeździe ogromnej posesji.

Komentarze